Konferencja platformy Netflix, czyli lody o smaku lektora

Lubię lody wodne. Sorbety. Jeśli nie jesteście, tak jak ja, miłośnikami tej słodkiej orzeźwiającej rozkoszy, nie wiecie co przeżywam wchodząc do sklepów… Będą czy nie będą? Czy właściciele sklepu zlitowali się nade mną i dali mi w końcu możliwość wyboru fajnego wyciskanego sorbetu? Albo takiego na patyku? Cokolwiek? Ktokolwiek?

No kur…czę! Nie! Znowu mleczno-czekoladowe z mleczno-czekoladową śmietanką. Ciągle tylko ta odkrowowa nuda w milionach wariantów! Truskawkowe, karmelowe, gudowskie, uttowe, knapikowe!

A nie, czekajcie. To warianty lektorów, nie smaki lodów. No bo tak w sumie, dubbing i lektor jest jak lody. A telewizje i platformy VOD to takie sklepy. I żaden z tych sklepów nie chce nam dawać lodów dubbingowych. Niedawno na moim osiedlu otworzyli nowy sklep. Nazywa się Netflix.

Netflix wszedł do Polski na początku roku i mimo obiecującego początku (The Returned! Flaked! BoJack Horseman!), wkrótce zaczął serwować nam solidną porcję lektorskich lodów mlecznych. Lektor w filmach i serialach dla dorosłych zaczął dominować. Niestety wkrótce w działaniach Netfliksa mogliśmy zaobserwować jedne z najgorszych praktyk kanałów ogólnotematycznych. Lektor w serialach młodzieżowych (w czasach Disney Channel i Nickelodeona?!). Lektor w filmach dla dzieci. Lektor przy istniejącym dubbingu (Mów mi Dave). Lektor w japońskich serialach animowanych, w tym na angielskim dubbingu (proszę Państwa, natrafiliśmy na loda z salmonellą). Jednym słowem – tragedia.

Dlatego też bardzo się ucieszyłem na wieść o konferencji Netfliksa w Polsce. Liczyłem na coś przełomowego. Na Reeda Hastinga ogłaszającego wprowadzenie do oferty sorbetów w kilkuset smakach do końca roku. Dlatego też 20 września z nadzieją i nastawieniem bojowym wybrałem się do Zamku Ujazdowskiego, gdzie odbywała się ta konferencja. Powitała mnie pani konferansjer, która zapowiedziała, że spotkanie będzie odbywało się w języku angielskim (dla mnie i większości zebranych nie był to problem, ale dziwi dlaczego nie zdecydowano się na zatrudnienie tłumacza). Następnie w prostych angielskich słowach przedstawiła Netflix. Dowiedzieliśmy się, że jest to platforma, na której Polacy mogą oglądać seriale i filmy z napisami.

…and lector if they want to

WHAAAT. Znaczy cooo… Po pierwsze – słowo lector nie jest bynajmniej poprawnym tłumaczeniem polskiego lektor.  Jest voice-over, jest UN-style dubbing… Ale nie taki potworek… Samo stwierdzenie optymistycznie mnie nie nastroiło, podobnie jak kolejne dziwne słówko użyte przez samego Reeda Hastinga, lectoring.

Wstęp i rozmowa pani konferansjer z panem Hastingiem obfitowała w oczywiste oczywistości, podobnie jak pytania od mediów i odpowiedzi na nie. Pytano głównie o kaszankę (czyli polskie produkcje Netfliksa, których na razie nie będzie) i ogólne plany platformy, również te dotyczące innych rynków, sam prezes nie wspomniał nawet o polskich filmach, które 20 września pojawiły się w ofercie. O sorbety nikt nie pytał, również mnie nie dano zadać odpowiedniego pytania, bo oficjalna część spotkania szybko się skończyła.

Czy w tej mlecznej otchłani rozpaczy pozostała jeszcze jakaś nadzieja? O dziwo – tak. Udało mi się porozmawiać z panią Karoliną, reprezentującą Netflix w kontaktach z mediami. Udało mi się dowiedzieć, że platforma ciągle przeprowadza różnego rodzaju badania dotyczące preferencji polskich widzów – wyszło z nich, że w pierwszej kolejności należy zadbać o powstanie polskiej wersji platformy i dodanie polskich napisów do wszystkich pozycji. Na pytanie o dodanie polskich wersji dubbingowych do wyboru, dostałem nieco pokrzepiającą odpowiedź – Netflix cały czas bada gusta polskich widzów i jeśli stwierdzi, że dubbing mu się opłaca, to zacznie go zlecać. Co więcej, kluczowe są tutaj opinie widzów, które podobno raz na jakiś czas są zbierane i przesyłane do centrali, w której podejmowane są decyzje.

Po konferencji platformy Netflix pozostał mi lekki lektorski niesmak oraz parę prezentów (futerał, telewizorek i darmowy dostęp do platformy), z których początkowo bardzo się ucieszyłem, ale jednak… Co mi po krakersach, gdy mam olbrzymią ochotę na lody wodne? Niestety – jedyne, co mogę w tym momencie zrobić, to pisać raz na jakiś czas do centrum pomocy Netfliksa, do czego i Was zachęcam. A nuż dzięki temu będzie nam dane spróbować jeszcze kiedyś w Internecie nowe sorbety aktorskie o smaku robaczewskim, apostolakisowym, zduniowym lub paszkowskim. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *